Kosowo

Kosowo podzielone strachem

Serbka Planinka Dimitrijević mieszka 7 km od Prisztiny, stolicy Kosowa. W mieście, gdzie żyją niemal sami Albańczycy, nie była jednak od ośmiu lat. Boi się

Przed XIV-wiecznym prawosławnym monastyrem w Graczanicy stoją zasieki i budka strażnicza szwedzkiego wojska. Gdy Planinka chce się pomodlić, musi przejść tuż pod okiem uzbrojonego w długą broń Szweda. Nie ma jednak o to pretensji. Podzielony zasiekami most w MitrovicyW 10-tys. serbskiej enklawie otoczonej albańskimi osadami żołnierze pilnują jej bezpieczeństwa i strzegą świętego monastyru. - Urodziłam się tu i nie wyjadę. Ale młodzi Serbowie wyjeżdżają. Dla nich nie ma w Kosowie pracy ani przyszłości - mówi kobieta.
Przed 1999 r. Graczanica była miasteczkiem satelickim Prisztiny - to tam ludzie mieli pracę, sprawy, biznesy. Wszystko zmieniło się po 78-dniowych nalotach NATO, które zatrzymały wypędzanie Albańczyków przez Serbów i wzajemną rzeź, ale nie zlikwidowały nienawiści między dwiema nacjami. Konflikt pochłonął życie 10-12 tys. Albańczyków i blisko 3 tys. Serbów. Los 3 tys. ofiar jest nadal nieznany. Ich portrety do dziś wiszą na siedzibie rządu w Prisztinie. Choć minęło ponad osiem lat, dwa kosowskie narody wciąż przypominają dwóch bokserów, którzy w narożnikach ringu czekają, aż gong ponownie wezwie ich do walki. Od 1999 r. - gdy formalnie należące do Serbii Kosowo faktycznie stało się międzynarodowym protektoratem rządzonym przez ONZ - Graczanica jest w zawieszeniu. Serbowie żyją tu niczym na wyspie. - Niby jesteśmy wolni, ale nigdzie nie możemy się ruszyć. To więzienie pod gołym niebem - mówi Planinka, która z mężem i dziećmi prowadzi sklepik z pościelą. Gdy w święta kościelne chcą odwiedzić jeden z pobliskich monastyrów, muszą wystąpić do ONZ o zorganizowanie konwoju. Wtedy wsiadają do okratowanych samochodów z napisem UN (Narody Zjednoczone) i z uzbrojoną obstawą jadą uczestniczyć we mszy. - Inaczej się nie da, bo w najlepszym razie lecą na nas kamienie - mówią.

W drodze do niepodległości

Wyniszczone konfliktem Kosowo jest dziś praktycznie niezależnym państwem. Tyle że z potężną mafią, wielką biedą i prawie 70-proc. bezrobociem. Bez uregulowania jego przyszłego statusu nie ma szans na poprawę sytuacji. Pomoc, która trafia tu z całego świata, jest nieefektywna. Aż 46 proc. z tych pieniędzy pochłaniają zarobki tysięcy pracowników ONZ i innych międzynarodowych instytucji. Po ponadrocznych negocjacjach z dwiema stronami konfliktu UE i USA chcą, aby 2-mln Kosowo stało się niepodległym państwem. Nalegają, by decyzja w tej sprawie zapadła do końca czerwca. Dla Serbów przyznanie niepodległości Kosowu oznaczałoby utratę 15 proc. terytorium kraju i - jak podkreślają - kolebki narodu. Ich sprzeciw popierają Rosja i Chiny. Wejście do monastyru w Graczanicy
Kosowscy Albańczycy to dziś w serbskiej prowincji 90 proc. ludności. Wiele lat zabiegali o niepodległość. W czasach Jugosławii, za rządów Josipa Broz-Tity, mieli szeroką autonomię, ukazywały się książki po albańsku, działały szkoły. Po śmierci legendarnego przywódcy było już tylko gorzej. Gdy w latach 90. Belgrad zakazał prowadzenia zajęć po albańsku na uniwersytecie w Prisztinie, wybuchł bunt. Nacjonalistyczny ruch albański zyskiwał zwolenników, ale Slobodan Miloszević, ówczesny przywódca Jugosławii, nadal przykręcał śrubę. Albańczycy zaczęli więc bojkotować wybory i organizować własne. Nieuznawany w świecie parlament Kosowa w 1990 r. ogłosił nawet niepodległość. W uzyskiwaniu przewagi nad Serbami kosowskiej większości sprzyjała też demografia. A zwłaszcza tradycja wielodzietnych rodzin, gdzie pięciu, sześciu potomków to przeciętna gromadka. Efekt? Jeszcze w 1948 r. w Kosowie było niespełna 0,5 mln (ok. 65 proc.) Albańczyków, a w 1991 r. już ponad 1,6 mln. Liczba Serbów oscylowała w tym czasie w granicach 170-200 tys.

Na walizkach

Murale w albańskiej części MitrovicyIm kosowskim Albańczykom bliżej do niepodległości, tym bardziej o swoją przyszłość boją się tutejsi Serbowie. Zostało ich 100-150 tys. Mieszkają w zwartych skupiskach głównie na północy regionu, nie mieszają się z Albańczykami. Walutą pozostaje dla nich serbski dinar, a nie euro, którym płaci się w całym Kosowie. Nie uznają KS-ów, czyli kosowskich tablic rejestracyjnych, ani władz w Prisztinie, bo ich rząd zasiada w Belgradzie. Jeśli więc np. chłopak z Graczanicy chce wziąć ślub, wyprawia się po swoją metrykę do Serbii. Tam zostały przeniesione jego akta. Dokumenty wydawane w Prisztinie Serbów nie obchodzą.
Wielu mieszkańców serbskich enklaw zapowiada, że jeśli Kosowo otrzyma niepodległość, oni będą musieli wyjechać. 80 proc. rodzin z Graczanicy ma już w Serbii domy, mieszkania albo chociaż kawałek działki. Sąsiad Planinki z bazarku, 55-letni Jovan, dom koło Belgradu kupił w 2000 r. - Gdy 3 marca ktoś wrzucił mi granat do mieszkania, uznałem, że miarka się przebrała - mówi Jovan. Do Serbii jednak nie wyjeżdża, bo i tam z pracą ciężko. - Tu nadal toczy się wojna. Zmieniła się tylko amunicja. Nie strzela się już z kałasznikowów, lecz z laptopów! - uważa mąż Planinki, który w taki sposób opisuje wojnę medialną o Kosowo. Jego zdaniem od lat wygrywają ją Albańczycy.

Nocą z domu nie wychodzę

W rodzinie Planinki syn i synowa nie pracują. Dostają ok. 70 euro zasiłku dla bezrobotnych, bo przed 1999 r. pracowali na państwowych posadach. Wszystkim, którzy po nalotach nie mogli wrócić do pracy, Belgrad wypłaca zapomogi, ale przeżyć się z nich nie da. Gdy było już bardzo krucho, Dimitrijeviciowie naradzili się, co robić. Ustalili, że wezmą kredyt i rozpoczną handel. Na rynku w Graczanicy zaczęli sprzedawać pościel. - Zachód odda Kosowo Albańczykom. Jest w tej chwili wielką siłą i może nam je odebrać, ale gdy tylko znów będziemy silni, odbierzemy, co nasze! - uważa Nomir, mąż Planinki, który dorabia, sprzedając olej samochodowy z dachu leciwego volkswagena golfa.
Podobne nastroje panują w Sztrpcach, serbskiej enklawie na południu Kosowa. Tu sytuacja jest jeszcze bardziej napięta. Po drodze do miasteczka mija się krwistoczerwony pomnik poległych członków albańskiej Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK), którzy w latach 90. rozpoczęli w regionie wojnę partyzancką przeciwko Serbom. Dla Albańczyków to najwięksi bohaterowie, którzy walczyli o ich prawa, bronili, gdy wojsko serbskie rozpoczęło akcję wypędzania muzułmańskiej większości. Wjazd do Strpc Monumentu całą dobę pilnuje policja ONZ. Bez ochrony Serbowie, dla których nawet martwi partyzanci UÇK są wielkimi wrogami, szybko by go zniszczyli.
Przed wjazdem do Sztrpc trzeba przejechać przez ONZ-owski punkt kontrolny. 24 godziny na dobę wjazdu do miejscowości pilnują Ukraińcy z sił międzynarodowych KFOR (Kosovo Force). Mają tu swoją bazę i transporter opancerzony z karabinem na dachu. - Czy to nie przesada? - pytam Wanię Pužicia, który urodził się w Sztrpcach i działa w tutejszym Serbskim Czerwonym Krzyżu. - Tu sytuacja zmienia się w ciągu jednej nocy. Kilka miesięcy spokoju i nagle coś się dzieje, tak jak kilka lat temu, gdy 12 Serbów porwano, a pięciu z nich zabito. Wtedy KFOR jest niezbędny. Wiesz, ja od 1999 r. nie wychodzę z domu wieczorem. Nawet samochodem nigdzie nie pojadę, odkąd trzy lata temu zostałem obrzucony kamieniami przez Albańczyków - tłumaczy.
Wania to wierzący patriota. O Kosowie nie powie nigdy inaczej niż "Kosowo i Metohija", - tak oficjalnie nazywają region Serbowie. - Moja rodzina mieszka tu od 350 lat. Gdzie, jeśli nie tu, jest mój dom? - mówi. "Metohija" znaczy "kraina klasztorów". Dla Serbów ich istnienie to koronny dowód na ich prawo do Kosowa. - Pokaż mi w Kosowie meczet starszy niż 200-letni. A nasze monastyry były tu od wieków i są ich tu tysiące - podkreśla Wania.
Najbardziej mieszkańcom Sztrpc doskwiera jednak życie codzienne. Gdy ktoś zaczyna chorować, jest źle. Serbowie nie jeżdżą do przychodni prowadzonych przez Albańczyków. Nie mają kosowskich dokumentów wydawanych przez ONZ, nie ufają tamtejszemu personelowi, zresztą ten nie chce ich przyjmować. - Gdy pęknie komuś wyrostek lub jest trudny poród, musimy jechać ok. 100 km do Mitrovicy, gdzie po serbskiej stronie miasta jest nasz szpital. W Sztrpcach też większość ludzi nie ma pracy, o posadę sprzątaczki w tutejszej szkole ostatnio walczyło 30 chętnych. Z ok. 10 tys. Serbów blisko 1 tys. ma dochody poniżej 25 euro miesięcznie na osobę, a ceny w sklepach często są wyższe niż w Polsce. To wynik konfliktu z 1999 r. Wcześniej miasteczko żyło z turystyki. Pobliska Brezovica była znanym kurortem narciarskim. Ale teraz Kosowo nikomu z nartami już się nie kojarzy... Wania narzeka, że pomocy dla Serbów przychodzi tu niewiele. - W 2005 r. sprawdziliśmy, że z 10 mln euro, które otrzymaliśmy m.in. na wynagrodzenia, 8 mln dał Belgrad, a 2 mln było z innych źródeł - mówi. W całym Kosowie proporcje są inne - ok. 80 proc. budżetu Kosowa pochodzi ze środków międzynarodowych.

Tylko ja, żona i Bóg

W Svinijare koło Mitrovicy do 18 marca 2004 r. mieszkało ok. 600 Serbów. Czuli się bezpiecznie. Zaledwie 400 m od wsi bazę wojskową mieli Francuzi. Tysiąc żołnierzy z pokojowych sił KFOR przyjechało tu pilnować, aby Serbowie i Albańczycy nie mordowali się wzajemnie. W marcową noc dostali jednak rozkaz, aby przede wszystkim chronić siebie. Gdy pierwsze domy na skraju wsi już płonęły, KFOR podstawił ciężarówki i wywiózł stąd wszystkich Serbów. Ewakuacja była obowiązkowa. Svinijare, obok których nadal mieszkają francuscy żołnierze, wyglądają dziś jak wioska widmo. Wszystkie domy za miliony euro z zachodniej pomocy zostały odnowione, ale do wsi wróciło tylko jedno małżeństwo.
- Tak tu mieszkamy: ja, żona i Bóg - śmieje się Vojislav Jović. - Gdyby nie ewakuacja, wieś nie zostałaby zniszczona. Mieliśmy broń, bronilibyśmy jej. Naszych domów nie zniszczyli Albańczycy, lecz ONZ, bo tu była ostatnia serbska enklawa w tej okolicy, która ocalała po wojnie! Tylko czyszczeniem terytorium można nazwać to, na co pozwolili w naszej wsi - mówi Vojislav, który utrzymuje się dzięki swym 4,5 ha ziemi i krowie. W dzień do wsi przyjeżdża trochę Serbów, oglądają swoje domy, ogródki, ale na noc wracają przeważnie do serbskiej części Mitrovicy - słynnego miasta, w którym Serbów i Albańczyków oddziela od siebie rzeka i posterunki sił ONZ ustawione na "granicznym" moście. Od 2004 r. Serbowie jeszcze bardziej nie ufają ONZ, bo w marcu spłonęła nie tylko osada Svinijare, ale także kilkanaście innych wsi. Mieszkańcy enklaw boją się, że gdy tylko Kosowo otrzyma niepodległość, Zachód nie zapewni im obiecywanej ochrony. A koszmar znów się powtórzy - bo przecież zawodnicy wciąż są na ringu.

AGNIESZKA SKIETERSKA, Prisztina

Gazeta Wyborcza, 27 czerwca 2007r.



<<< WSTECZ