Kosowo

Dla Myvedete wojna się nie skończyła

W ciągu jednego dnia niemal wszystkie albańskie kobiety z kosowskiej wsi Krushe e Madhe straciły mężów, braci i synów. Za mord 206 osób nikt nie będzie ukarany

Kosowo czeka na niepodległość, ale Myvedete Hoti jeszcze bardziej czeka na wieści o swoim synu Halilu. Ostatni raz widziała go 26 marca 1999 r., dwa dni po rozpoczęciu nalotów NATO na jugosłowiańską jeszcze Serbię. Bombardowania miały zakończyć trwającą wojnę i powstrzymać Belgrad przed wypędzaniem Albańczyków z Kosowa.
Dziewiętnastoletni Halil stał pod murem, pod którym Serbowie - policjanci i członkowie oddziałów paramilitarnych - zgromadzili mężczyzn ze wsi Krushe e Madhe (Krusza Wielka) na południu Kosowa. Albańczykom kazali ustawić się w dwóch rzędach, z rękami podniesionymi do góry. Przeszukiwali każdego. Shemsije Hoti (86 l.) straciła syna Hamzę i wnuka Halila. Do dziś nie może o tym rozmawiać, fot. Agnieszka SkieterskaW kieszeni u Halila znaleźli zdjęcie. Chłopak i jego koledzy sfotografowali się na nim z symbolem Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK). W prowincji należącej do Jugosławii emblematy z dwugłowym czarnym orłem, symbolem Albanii, nosiło wtedy przy sobie wielu sympatyków partyzantki stworzonej przez kosowskich Albańczyków. Jej oddziały od połowy lat 90. walczyły przeciwko Serbom o niepodległość regionu. Południe prowincji uchodziło za matecznik UÇK. W marcowy poranek Halil i inni koledzy, którzy byli na zdjęciu, zostali wywołani z szeregu. Serbscy policjanci zaczęli ich kopać i okrutnie bić. To ostatni obraz, który pamięta matka. Potem straciła przytomność.
Halil do dziś, podobnie jak ok. 2,3 tys. innych Albańczyków z Kosowa, oficjalnie jest na liście zaginionych. Jego szczątków nigdy nie znaleziono. Pod tym samym murem z rękami wzniesionymi ponad głowę stał też mąż pani Hoti, 39-letni Hamza: - Kompletnie nie pamiętam, jak wtedy wyglądał. Jakbym go wcale nie widziała. Tak bardzo myślałam wtedy o synu.
Los Hamzy wyjaśnił się trzy lata temu. Razem z 63 innymi mężczyznami został zabity z karabinu maszynowego, a potem spalony przez Serbów w jednym z domów w Kruszy. W ciągu trzech marcowych dni we wsi zginęło łącznie 206 osób. Szczątki Hamzy znaleziono kilkaset kilometrów od rodzinnych stron, w masowym grobie niedaleko Belgradu - Serbowie często dla zatarcia śladów wywozili ciała daleko od miejsca zbrodni. Zidentyfikowano je dzięki badaniom DNA.

Segregacja

Już nie płaczą. Nie nazywają Serbów mordercami, ale wspólnej przyszłości w jednym kraju - Serbii - nie mogą sobie wyobrazić. Ponad osiem lat temu, 24 marca wieczorem, Serbowie otoczyli wieś. - Na wzgórzach stały czołgi, miały włączone silniki. Co jakiś czas przesuwały się o parę metrów, do przodu i do tyłu, by nas przestraszyć. Rano chcieliśmy uciec, ale z powodu okrążenia i blokady dróg nie było gdzie. Zgromadziliśmy się w meczecie i wokół niego. Wtedy snajperzy zaczęli strzelać do tłumu, aby go rozproszyć. Jeszcze nie zabijali. Myvedete, matka zaginionego Halila i zabitego Hamzy, fot. Agnieszka SkieterskaLeciały też granaty, których odłamki wbijały się ludziom w skórę - opowiada pani Hoti. - Po kilku godzinach zdecydowaliśmy, że uciekamy w góry, tylko tam mieliśmy szanse się przedostać - wspomina Kimete, która w Kruszy straciła męża Haxhiego i szwagra. - Moja bratowa miała na rękach sześciotygodniowego noworodka. Lało, było bardzo zimno. Dziecko zaczęło płakać. Nie mogliśmy się ukrywać, bo płacz zagrażał innym. 26 marca rano zdecydowaliśmy, że wracamy do wsi - ja, mój mąż, nasz trzyletni syn, czteroletnia córka, bratowa, szwagier, ich maleńkie dziecko i teściowa - opowiada Kimete.
Schronili się w domu, koło meczetu, gdzie czekali już inni sąsiedzi. Budynek był położony na wzgórzu, liczyli, że jeśli zacznie się ofensywa, Serbowie zaatakują tylko domy poniżej. - Gdy weszliśmy do środka, zobaczyliśmy ogromny tłum. W dwóch izbach zgromadziło się kilkaset osób. W jednym pokoju kobiety z dziećmi, w drugim mężczyźni. Gdy synkowi zachciało się siku, nie dało się wyjść drzwiami - wspomina Kimete. Na 12 metrach kwadratowych było chyba ponad sto osób. Brakowało powietrza. Ludzie krzyczeli: "Otwórzcie drzwi!". Nie widzieli, że drzwi już dawno były otwarte. Kimete wyszła z małym Rinorem oknem. Wtedy zobaczyła, że w szklarni na podwórzu są już serbskie oddziały paramilitarne: - Ze strachu upuściłam dziecko na ziemię. Do dziś nie wiem, jak mogłam to zrobić. Wskoczyliśmy szybko z powrotem do środka. Klika minut potem dom został otoczony. - Serbowie zaczęli wyganiać nas na podwórko. Wtedy dałam Rinora mężowi. Myślałam, że jak będzie miał dziecko na ręku, nic mu nie zrobią. Tak samo zrobiła moja bratowa ze swoim sześciotygodniowy synkiem.
Potem zaczęli oddzielać kobiety od mężczyzn. Mąż czuł, że będzie źle. Oddał mi syna, zdjął z ręki zegarek i kazał mi go ukryć w bieliźnie. Gdy mężczyźni stanęli pod murem, jeden z paramilitarnych powiedział do nas: "Popatrzcie na nich po raz ostatni". To była okrutna prawda - mówi Kimete.
Kobiety z dziećmi zgromadzono w meczecie. W środku, z balkonu, pilnowali ich serbscy policjanci. Co jakiś czas przeładowywali broń, by straszyć tłum. Kazali kobietom oddać biżuterię i pieniądze. Obiecywali, że w zamian za to wypuszczą mężczyzn. - To było kłamstwo, gdy oddawałyśmy swoje rodzinne pamiątki, nie pytali nawet o nazwiska - wspomina Kimete. Na palcu zostawiła sobie tylko obrączkę, bo ręce spuchły i nie mogła jej zdjąć. Policjant miał więcej siły, zdarł pierścionek z palca razem ze skórą, z uszu wyrwał kolczyki. - Nie bałyśmy się śmierci, ale gdy zaczęli wybierać młode kobiety z tłumu, obawiałyśmy się masowego gwałtu na oczach wszystkich, co dla nas było gorsze niż śmierć - podkreśla Myvedete, matka zaginionego Halila. Po sześciu godzinach, około piątej po południu do meczetu wkroczyła serbska policja.

Wojna trwa

- Wyszłyśmy. W dole płonęła cała wieś. Gdy schodziłyśmy ze wzgórza mijałyśmy płonące krowy, owce i kury. Wyglądały jak żywe pochodnie. Wokół było słychać ludzki krzyk, płacz dzieci i jęk zwierząt, ale ja cały czas myślałam o swoim synu - opowiada pani Hoti. Nigdy nie brała żadnych leków na uspokojenie, ale po 26 marca zaczęła palić. Jej krewna Kimete pamięta ten dzień minuta po minucie: - Nie wierzyłam, że przeżyjemy. Serbowie powiedzieli do nas: chcecie NATO, to zabierzemy was do NATO, do Dakovicy! To miasto, które w ciągu 78 dni nalotów zostało zbombardowane 236 razy. Zmienili jednak zdanie i pod eskortą kazali kobietom z dziećmi maszerować do pobliskiego Rogova. - Choć to niecałe 10 km, szliśmy całą dobę, bez jedzenia i picia. Po drodze mijaliśmy poodcinane kable elektryczne, zabite zwierzęta, spalone sklepy. Po obu stronach eskortowali nas serbscy policjanci. Nie wiedziałyśmy, co się stało z naszymi mężami, braćmi i starszymi synami - mówi Kimete. Kimete z dziećmi, fot. Agnieszka Skieterska
Do Rogova Serbowie doprowadzili też chłopców poniżej 15 roku życia i mężczyzn powyżej 60 lat. Po pozostałych mieszkańcach Kruszy ślad zaginął. Dobę później kobiety, dzieci i starcy jako uchodźcy z Kosowa przekroczyli granicę z Albanią, gdzie doczekali do końca nalotów. Tam, w lokalnej gazecie, matka zaginionego Halila przeczytała, że w Kruszy Serbowie spalili ludzi. - Nie mogłam w to uwierzyć. 18 czerwca wróciłam do domu. Nigdy nie zapomnę, jak niemieccy eksperci ubrani w stroje ochronne i maski robili wizję lokalną w domu, gdzie spłonęli mężczyźni. Wtedy zrozumiałam, że nie żyją - opowiada Myvedete.
Wśród zwęglonych resztek ciał rozpoznano 64 osoby, siedem z nich zidentyfikowano jako mieszkańców Kruszy Wielkiej. Resztę stanowili uchodźcy z innych części Kosowa, których wielu przebywało we wsi w czasie masakry. O losie męża Kimete oraz męża i syna Myvedete nic nie było wiadomo.
Trzy lata temu, tuż przed kolejną rocznicą mordu do wsi dotarła lista kolejnych stu zidentyfikowanych osób. - Może lepiej nie iść? Nie sprawdzać? - pomyślała przez chwilę Kimete, gdy dowiedziała się o liście. Ale poszła. Odnalazła Haxhiego.
- Zadano mi dwa pytania: czy chcę wiedzieć jak zginął i co z niego zostało. Zapytałam tylko o szczątki. W niewielkim woreczku podpisanym numerem były kawałki dwóch kości: prawego ramienia i lewego kolana, a w dołączonym raporcie informacja o tym, gdzie znaleziono resztki ciała. Po stolarzu Haxhim został zegarek i fotografie, które ozdobione kwiatami wiszą na ścianie odbudowanego domu. Na nowej liście zidentyfikowanych był też jego brat Hoti - mąż Myvedete. Pozostałości lewej części jego ciała znaleziono w tym samym miejscu, niedaleko Belgradu.

Po wojnie nie lepiej

Z końcem wojny nieszczęście wdów z Kruszy nie skończyło się. Po powrocie do wsi Kimete do zimy mieszkała w namiocie, potem w piwnicy u rodziny. W końcu jakoś udało się odbudować dom, z którego po wojnie nic nie zostało. Gdyby nie pomoc drugiego szwagra ze Szwajcarii, nie byłoby z czego żyć. Bezrobocie w Kosowie sięga 70 proc. Ale wdowy, często bardzo młode, nie czekają na dary czy zapomogi. Walczą o swoje rodziny, o dzieci, które przetrwały.
Dzięki organizacjom pozarządowym 36-letnia dziś Kimete zrobiła prawo jazdy, kończy kursy, uczyła się angielskiego. Najlepszym pomysłem okazały się jednak pikle. Dziewczyny z jednej z organizacji namówiły wdowy do otworzenia małego sezonowego biznesu - produkowania przetworów z papryki. W minifirmie pracuje na razie pięć kobiet. - Mamy takie powiedzenie, że człowiek jest twardszy niż skała - mówi 48-letnia Myvedete. - Szkoda tylko, że dla mnie wojna wciąż trwa, bo nadal nie wiem, gdzie jest mój syn.
Kobiety z Kruszy nie liczą na sprawiedliwość. - Serbowie, którzy tu przyjechali, nie byli stąd. Nie znaliśmy ich, nikt nie został rozpoznany, nie ma dokumentów. Najważniejsi świadkowie zostali spaleni. Nie ma szans na proces - ocenia Kimete.
O masakrę we wsi został jedynie oskarżony były prezydent Serbii Slobodan Miloszević. Mieszkańcy Kruszy byli przesłuchiwani przez trybunał haski ds. zbrodni wojennych w b. Jugosławii w czasie jego procesu. Miloszević umarł jednak w ubiegłym roku nie doczekawszy wyroku.
W Krusha e Madhe niedawno przed szkołą stanął pomnik upamiętniający ofiary. Nie ma na nim ani informacji, kto zabił, ani kto zginął. Jest tylko data. 26 marca 1999 r.

AGNIESZKA SKIETERSKA, Krushe e Madhe

Gazeta Wyborcza, 12 grudnia 2007r.



<<< WSTECZ